Menu Close

Nowy plan Facebooka i Google?

Amerykańscy giganci technologiczni już posiadają świat online. Teraz chcą też posiąść infrastrukturę internetową

Chmura nie jest abstrakcją. Zdjęcia przesłane do chmury Google nie unoszą się w eterze. Twoje kopie zapasowe w „chmurze” nie łamią chleba z bogami. Metaverse (ang. przestrzeń rzeczywistości wirtualnej, w której użytkownicy mogą wchodzić w interakcje ze środowiskiem generowanym komputerowo i innymi użytkownikami), którą Facebook tak bardzo chce budować, nie będzie istniał w niebiosach.

Nazwa “chmura” jest sztuczką językową – sposobem na ukrycie, kto kontroluje podstawową technologię Internetu – i ogromną moc obliczeniową, którą dzierżą. Zatrzymajmy się na chwilę, by się nad tym zastanowić, ponieważ całe to pojęcie jest dość dziwaczne.

Chmura jest w rzeczywistości siecią i serwerami, które pokrywają świat: kiedyś była to domena różnych firm telekomunikacyjnych, obecnie jest coraz częściej indywidualną własnością i jest kontrolowana przez Big Tech – z Google i Facebookiem walczącymi o zdobycie jej lwiej części.

Budowanie pojemności centrum danych jest czymś w rodzaju pełnoetatowej pracy dla Big Tech. Tutaj, w rozległych obiektach rozsianych po całym świecie, najbardziej prywatne zdjęcia i wiadomości znajdują się na dysku twardym anonimowego komputera, na anonimowym stojaku, ułożonym obok tysięcy innych w centrum danych poza miastem, gdzie energia i ziemia są tanie.

Chmura to ogromna sieć fizyczna. Stanowi część szkieletu Internetu, który sam w sobie składa się w przeważającej mierze z kabli przecinających oceany świata. Łatwo sobie wyobrazić je jako większe niż są w rzeczywistości, bowiem są na ogół szerokości węża, zakopanego w niewielkiej odległości od brzegu – dla bezpieczeństwa, ale już poza tym punktem swobodnie leżące na dnie morskim.

Rozmowa z inżynierem, nawigatorem i kapitanem łodzi podwodnych który spędził 16 lat nad ich układaniem i naprawą, rzuca nieco więcej światła na to, jak wyglądają i jak działają. Rzeczywista część, która przenosi informacje na cały kontynent, jest tylko najmniejszym rdzeniem o średnicy kilku centymetrów. Jednak nawet przy tej niewielkiej grubości, mogą przenosić do 400 GB/s.

Znaczna część pozostałej szerokości składa się z wazeliny – tak, prawie tej samej substancji, którą znajdujemy w domowym słoiku – a przeznaczonej tu do ochrony rdzenia przed uszkodzeniem przez wodę i korozją, co oznacza, że nawet fizyczna struktura Internetu jest w rzeczywistości nią nasmarowana.

Własność centrów danych – a często w rezultacie naszych danych – które zasilają Internet, jest przedmiotem niemal nieustannej debaty publicznej. To kwestia, która napędza rozmowy o monopolach technologicznych i apodyktycznej sile platform internetowych. Ale tego samego nie można powiedzieć o sieciach transatlantyckich, których prawie 1,5 miliona kilometrów położonych jest prawie w każdej części globu.

Ich operatorzy mają tendencję do pozostawania poza zasięgiem wzroku. W rzeczywistości wiele sieci na świecie jest często własnością konsorcjów firm, które często rywalizują w innych sektorach. Niektóre duże centra internetowe wymieniają nawet 50 właścicieli, podczas gdy tylko około jedna czwarta wydaje się być obsługiwana przez jedną firmę.

Firmy te pobierają opłaty od innych za ilość danych, które przesyłają za ich pośrednictwem, również wymieniają się dostępem do sieci należących do innych centrów internetowych. Istnieje zakulisowy bezpłatny dostęp do cichego systemu wymiany, dzielenia się i udostępniania posiadanych aktywów ogromnym firmom telekomunikacyjnym.

Największy na świecie właściciel to znana marka, przynajmniej dla Amerykanów – AT&T, który ma udziały w około 230 000 kilometrów międzynarodowego okablowania internetowego, czyli około jednej szóstej całości. Ale uważna analiza firm z pierwszej dziesiątki ujawnia, dlaczego zarówno Big Tech, jak i zachodnie rządy zaczynają zwracać większą uwagę na pozornie nudną kwestię własności kabli: na drugim miejscu jest China Telecom, podczas gdy Chunghwa Telecom (z siedzibą na Tajwanie) jest trzeci, a China Unicorn jest szósty.

Na dziesiątym i jedenastym miejscu są jednak bardzo znane nazwy: Facebook i Google. Big Tech wchodzi w duże okablowania – i robi to w wielkim stylu. W ciągu ostatnich kilku lat 80 procent inwestycji w nowe okablowania pochodziło od tych dwóch amerykańskich gigantów technologicznych. Na dzień dzisiejszy Facebook jest właścicielem lub współwłaścicielem 99 399 kilometrów, Google 95 876 kilometrów kabli. W sierpniu Facebook i Google ogłosiły plany budowy podmorskiej sieci Apricot o długości 12 000 km, który połączy Singapur, Japonię, Guam, Filipiny, Tajwan i Indonezję, gdy zostanie ukończony w 2024 r. Dla Google było to ważne po informacji o podmorskim kablu Echo, który połączy Kalifornię, Singapur, Guam i Indonezję. Ze swojej strony Facebook poparł również koalicję operatorów telekomunikacyjnych budujących coś, co może okazać się najdłuższym podmorskim osieciowaniem w historii: 2Africa, przewód o długości 45 000 kilometrów, który ma objąć cały kontynent afrykański i połączyć 33 kraje w Afryce, Europie i na Bliskim Wschodzie do 2024 roku. W maju 2020 roku Bloomberg poinformował, że projekt będzie kosztował poniżej 1 miliarda dolarów – ale to było zanim Facebook ogłosił kilka rozszerzeń do początkowego projektu.

Podawane motywacje tych działań są różne. Facebook szczególnie podkreśla swoje wysiłki w celu poprawy dostępu do Internetu na całym świecie – jednocześnie nieśmiało przyznając sobie pewną korzyść w postaci wzrostu liczby użytkowników – o ile projekt się powiedzie. Google podkreśla natomiast, korzyści wynikające ze zwiększenia łączności dla lokalnego dobrobytu gospodarczego.

Wiele kabli internetowych podąża szlakami telekomunikacyjnymi wytyczanym na początku XX wieku, a więc wysiłki zmierzające do zbudowania nowych, ogromnych sieci obsługujących niezachodnie kraje (tak jak do pewnego stopnia 2Africa) są przedstawiane jako próba dekolonizacji Internetu, aczkolwiek mocno niewygodna, biorąc pod uwagę mieszaninę zaangażowanych firm i grup.

Dodatkowym motorem działania gigantów technologicznych są również czynniki związane z bezpieczeństwem i prywatnością. W 2013 roku, kiedy The Guardian i The Washington Post opublikowały rewelacje od informatora NSA Edwarda Snowdena, historia, która najbardziej rozgniewała amerykańskie firmy technologiczne (zwłaszcza Google), dotyczyła tego, jak agencja przechwytywała ruch przesyłany łączami wewnętrznymi między ich centrami danych.

Odpowiedzią Google na to było zarówno zwiększenie wykorzystania szyfrowania, nawet w przypadku ruchu wewnętrznego (może to oznaczać na całym kontynencie), jak i zwiększenie stopnia bezpieczeństwa całkowicie prywatnych linii światłowodowych. A gdy już się myśli podobnie jak Google i inni giganci technologiczni, to wchodząc do gry o kable, powinieno się to robić we właściwy sposób.

Tom Wheeler, były przewodniczący amerykańskiej Federalnej Komisji Łączności za prezydentury Obamy – i samozwańczy były lobbysta przemysłu kablowego – mówi, że wejście Big Tech w okablowanie wpłynęło również na zmianę myślenia firm kablowych. “Same sieci są szalenie zazdrosne i dlatego próbują zasymilować się z [Big Tech]” – mówi. “Widząc, że Big Tech czerpie ogromną część zysków z Internetu jako platformy, wiele firm kablowych również chce być platformami”, wyjaśnia. “Dlaczego AT&T kupił DirecTV? Dlaczego kupili Time Warner i tak dalej? Chcą dostać się do działań tych platform.”

Tam, gdzie firmy kablowe zdają sobie sprawę, że dużo tracą na inwestycjach w platformy, to platformy Big Tech zdają sobie sprawę z czegoś przeciwnego: jeśli nie będą miały wpływu na dystrybucję, to ich potencjał będzie ograniczony. A wielkie firmy technologiczne wydają się kupować udziały w kręgosłupie Internetu znacznie bardziej kompetentnie i cicho niż ich kablowe odpowiedniki poradziły sobie z platformami (wystarczy pomyśleć o nieszczęśliwym, krótkotrwałym przejęciu AOL przez Verizon).

Lista interesariuszy w kręgosłupie internetowym pokazuje, kto próbuje przejąć bezpośrednią kontrolę nad Internetem i po raz kolejny wygląda na to, że zwykli podejrzani idą najostrzej.

wg. Wired

Leave a Reply

Your email address will not be published.